"Kilka lat temu zaprosiłam do domu na Wigilię młodego mężczyznę – niech w tym tekście ma na imię Kuba. Wyraziła na to zgodę Siostra, która wówczas koordynowała pracę jadalni, zgodziła się też moja rodzina..."
Mam na imię Danuta. Jestem żoną, mamą i babcią. Pracowałam jako nauczycielka w przedszkolu i w szkole. Od zawsze lubiłam zajmować się dziećmi. Odkąd pamiętam miałam potrzebę robienia czegoś dobrego w sąsiedztwie, robiłam drobne zakupy, bawiłam się z małymi dziećmi sąsiadów, z czego ich mama była bardzo zadowolona. Zawsze niosło mnie w stronę ludzi ubogich, niezaradnych, pokrzywdzonych… Byłam wrażliwa na cudzą krzywdę. Był czas, kiedy miałam sporo zajęć domowych (troje dzieci) i dużo pracy. ...
...Robiliśmy ozdoby świąteczne. Lekki, bezpieczny styropian. Bańki. Różne: małe, duże. Ktoś powiedział: „Chcę dać to mojemu synowi. Nie widziałem go długo. Niech ucieszy się, że ojciec sam to zrobił. Ładne? Uwierzy? Może powiesi na choince? Pomyśli o mnie ciepło? Wie pani, sporo w życiu zawaliłem”...
Trudno się do tego przyznać, nawet samej przed sobą. Zwłaszcza jeśli tak bliskie są mi wartości chrześcijańskie...
Ciągle, w rozmowach prowadzonych przez wolontariuszy, wśród znajomych, w rodzinie powraca pytanie: czy my czasem nie pielęgnujemy patologii, czy to rzeczywiście jest pomoc?